Bongosy XX wieku

Dieter Meier

Malarz, rzeźbiarz, aktor, zawodowy pokerzysta, miłośnik golfa, autor opowiadań dla dzieci i filozoficznych esejów, twórca filmów, szef dwóch firm produkujących zegarki, projektant paryskich kreacji... no i wokalista Yello. Dieter Meier (ur. 1945, Zurych) wyglądający raz jak dystyngowany gentleman, to znowu jak rybiooki pomyleniec, już samym przekrojem swoich zainteresowań dowodzi, że jest postacią niekonwencjonalną. Niezwykły człowiek, niezwykły życiorys i równie niezwykła grupa.

Wokół osoby Meiera powstało na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat wiele mitów. Jego ojciec zaczynał od zera i dorobił się olbrzymiego majątku na handlu, nie zaś - jak się powszechnie podaje - na "byciu bankierem", w dodatku wywodzącym się z arystokratycznej rodziny. Inny mit mówi że Meier nigdy nie musiał przejmować się finansami Yello, bo korzystał z fortuny swoich rodziców. Mógł, ale nigdy z niej nie skorzystał. Już w wieku 16 lat rzucił szkołę (czy też to ona go rzuciła...), bo zajmowała mu czas niezbędny do gry w golfa... Meier jest do dziś zapalonym golfiarzem, do tego dość szybko stał się członkiem narodowej reprezentacji Szwajcarii! Rozstanie się ze szkołą mogło skończyć się po prostu snobistyczną wegetacją młodego dandysa, jak to miało miejsce w przypadku wielu młodych bogaczy (nie mylić z młodym Bogaczem, ja miałem inne problemy). Stało się jednak zupełnie inaczej.

Pasją dwudziestoletniego młodzieńca stała się inna gra - poker. Spędzał kilkanaście godzin dziennie w kasynie, stał się typowym nałogowym hazardzistą (ponoć jego grę obserwowała kiedyś Marilyn Monroe!). Przez kolejnych pięć lat żył wyłącznie z pieniędzy wygranych przy zielonym stoliku. Zapewne jego rodzice woleliby sami utrzymywać golfiarza (skoro już na początku zrezygnował z edukacji i kariery prawnika), bo dla poważanej szwajcarskiej rodziny syn żyjący z gry w pokera, to równie miła perspektywa, jak córka utrzymująca się z prostytucji. Jednak rodzice Dietera nie byli tradycjonalistami i jak często podkreślał, mógł zawsze liczyć na ich miłość i zrozumienie. Nie mieli pretensji do syna także wtedy, gdy skończył z nałogiem, tzn. z pokerem i poczuł w sobie duszę artysty. Tyle, że artysty nieźle eksperymentującego.

"By być oryginalnym, potrzeba własnego stylu. A mieć swój styl oznacza, że wahania i brak poczucia bezpieczeństwa stają się częścią twórczości. W sztuce nie ma czegoś takiego jak perfekcja. Kiedy zbliża się ona do perfekcji, staje się nudna. Bardzo trudno jest być stale odkrywczym, rozwijać i zmieniać styl. Nie potępiam żadnego pisarza czy malarza, który miał tylko dwa czy trzy udane lata, podczas których jego prace były naprawdę interesujące. To i tak bardzo wiele. 99% wszystkich artystów nie miało nawet jednego twórczego dnia w całej swojej karierze."

Dieter Meier

W listopadzie 1969 r. Dieter, który w międzyczasie dorobił się (choć to akurat nie była zamierzona prowokacja) gustownych zielonych loków, na jednej z ulic w centrum Zurychu wysypał stertę 10.000 żelaznych blaszek, które zaczął zliczać i pakować w torebki po 10 sztuk każda. Zajęło mu to kilka dni, podczas których zbierali się wokół niego zdziwieni przechodnie. Taki numer w Los Angeles nie zwracałby uwagi, trudno tam odróżnić wariatów od artystów. Jednak w Zurychu był wielkim dziwactwem. Zdjęcia Dietera wraz z odpowiednim komentarzem trafiły natychmiast do gazet. Ten i kolejne performance młodego człowieka, który odkrył w sobie artystę, szokowały przechodniów, a jego ojciec musiał wysłuchiwać komentarzy swoich współpracowników: "ten pieprznięty cyrkowiec na ulicy to twój syn, zrób z nim coś...". Potem nastąpiły kolejne happeningi, jednak Dieter zlitował się w końcu nad swoją rodzinką i występował poza granicami Szwajcarii. Przykładowo kupował od przechodniów - tym razem w Nowym Jorku - słowa "tak", bądź "nie" po dolarze za sztukę, zaś transakcja była fotografowana i sprzedający otrzymywał stosowny certyfikat. Kilka lat później - w 1972 roku - zamontował w posadzce stacji kolejowej w Kassel (Niemcy) tabliczkę o następującej treści: "23 marca 1994 roku Dieter Meier będzie znajdował się na tym peronie pomiędzy trzecią, a czwartą popołudniu". I oczywiście znalazł się tam po 22 latach! Później jeszcze wielokrotnie przeprowadzał podobne akcje, które z czasem przestały szokować, a w Meierze zaczęto w końcu dostrzegać poszukującego artystę. Zwłaszcza, że oprócz różnych jednorazowych performance'ów zainteresował się także rzeźbą i malarstwem, a jego prace zaczęły pojawiać się na międzynarodowych wystawach.

"Skąd u mnie tyle ironii i humoru? Jeżeli artysta chce odsłonić własną duszę przed odbiorcami, musi być pewien, że jest gotowy na przyjęcie wszelkich obelg i kopniaków. Nie powinien nadwerężać własnej odporności, bo prędko doprowadzi go to do alkoholu i narkotyków. Dla wielu artystów to jedyne środki pozwalające zwalczyć ból wynikający z publicznego obnażania własnego wnętrza."

Dieter Meier

Z czasem postanowił spróbować swoich sił także jako wokalista. Okazało się, że oprócz innych licznych talentów dysponuje też dobrym głosem. Choć w późniejszych latach niezwykłe brzmienie wokalu Meiera często powstawało dzięki studyjnej obróbce, to jednak wiele ekstremalnych dźwięków, od niskich basów, po okrutny falset wydobywa się prosto z jego krtani. I to - jak sam twierdzi - "bez pomocy helu". Jednak zespoły z którymi pracował szlifowały cudze szlagiery, podczas gdy Dieter wolał wskoczyć na scenę i wyśpiewywać to, co mu akurat przyszło do głowy. Takie podejście sam określał jako "śpiew akcji". Odpowiednich współpracowników, którzy sztukę traktowali w podobny do niego sposób znalazł dopiero pod koniec lat 70., ale o tym za chwilę.

"Zachowuję się jak dziecko w piaskownicy. Lubię coś tam sobie zmajstrować, a gdy już jest gotowe, przestaje mnie interesować. Przy tym bawię się w kilku różnych piaskownicach. Yello traktuję jak grę w golfa. Chwila maksymalnego skupienia, zamach i pozostaje już tylko obserwować lot piłeczki i patrzeć gdzie spadnie."
Dieter Meier

Boris Blank

Twórca muzyki Yello, odpowiedzialny za prawie wszystkie dźwięki, które można usłyszeć na ich płytach. Jego eksperymentalne i naukowe wręcz podejście do brzmień, rytmu i samplingu stawia go w rzędzie "ojców chrzestnych techno" na równi z innymi pionierami elektronicznej muzyki tanecznej.

Urodził się w Szwajcarii w 1952 roku. Muzyką zainteresował się już w dzieciństwie, głównie dzięki swojemu dziadkowi - akordeoniście, który, jak wspomina, traktował swój instrument w bardzo perkusyjny sposób. Zatem mały Boris też zaczął bębnić - na garnkach w matczynej kuchni. Był jednak zbyt niespokojnym dzieckiem, aby nauczyć się podstaw gry na jakimkolwiek instrumencie. Niespokojny duch wraz z wiekiem jedynie się nasilał, tak że edukację zakończył dość wcześnie, woląc włóczyć się po Europie, zbierając guzy i nowe doświadczenia. Jednak miłość do muzyki nie ustała i przerodziła się w prawdziwą pasję. Przy pomocy dwóch zwykłych magnetofonów i mikrofonu tworzył swoje pierwsze nagrania z bynajmniej nie muzycznych brzmień. Wiadro pełne wody, pudło rozbitej gitary, wystrugany własnoręcznie z kawałka bambusa flet, wiertarki ojca, przy pomocy takich właśnie "instrumentów" tworzył swoje pierwsze kompozycje, czy raczej dźwiękowe kolaże. Kiedy przebywał w domu, cały czas poświęcał na wynajdywanie nowych brzmień i "komponowanie". "Twórczość" przerywała dopiero mama Borisa, przypominając mu, że na hałasowanie jest już stanowczo zbyt późno... Z czasem dorobił się trochę bardziej profesjonalnego narzędzia, jakim był czterośladowy magnetofon Revoxa. Umożliwiał on spowalnianie taśmy i inne "sztuczki", a przede wszystkim pozwolił zredukować ilość szumu w nagraniach. Pierwotna technika stosowana przez Borisa, polegająca na nagrywaniu na jeden z magnetofonów, dźwięków dochodzących z drugiego oraz z mikrofonu, a następnie nakładanie kolejnych "ścieżek" w ten sam sposób, powodowała, że za kolejnym podejściem niewiele było słychać spoza jednostajnego, wielokrotnie powielonego szumu taśmy. Jako, że były to czasy, gdy nie istniały jeszcze samplery, a automaty perkusyjne były drogie i prymitywne, sekwencje rytmiczne uzyskiwał poprzez zapętlanie taśmy magnetofonowej, które "odkrył" na własny użytek, choć była to wtedy technika popularna wśród awangardowych twórców.

"Kiedy tworzę muzykę, można porównać to do malowania. Mieszam moje kolory, i trzymam je gotowe na palecie - różne dźwięki, efekty i szumy. Zaczynam malować pierwszym kolorem, a potem rozbudowuję mój obrazek dodając więcej instrumentów."
Boris Blank

Pierwsza muzyczna fascynacja nastoletniego Borisa nie zwiastowała kierunku w jakim z czasem sam będzie zmierzał. Był to jazz we wszelkich odmianach - od Duke'a Ellingtona po Art Ensemble of Chicago. W końcu jednak zaczął słuchać praktycznie każdej muzyki, nie faworyzując żadnego wyraźnie zdefiniowanego stylu.

W międzyczasie trzeba było zacząć zarabiać na własne utrzymanie. Początkowo zajmował się naprawianiem telewizorów, a potem został kierowcą ciężarówki (nie wszyscy Szwajcarzy są bankierami, jubilerami, góralami, bądź zegarmistrzami). Jednak po całym dniu krążenia po ulicach Zurychu wracał do domu i nagrywał kolejne taśmy pełne chaotycznego "ambient-industrialu". Gdy już powstało Yello i mógł sobie pozwolić na najnowsze elektroniczne instrumenty, nadal pozostał wierny poszukiwaniu nowych, oryginalnych brzmień. Rytm, który jest dla niego najważniejszy, powstawał nie tylko przy użyciu dźwięków instrumentów perkusyjnych. Przykładowo, werble w nagraniach Yello rzadko pochodzą z normalnego akustycznego źródła, czy automatu perkusyjnego. Zastępowane są np. przez odgłos plaśnięcia mokrej szmaty, czy gazety o ścianę albo blat stołu, huk pękającego balonika, lub odgłos wydawany przez rozbijającą się o mur śnieżną gałkę! Bęben centralny (bass drum) a la Blank to przeważnie... piłka. Różne gumowe kulki, piłki tenisowe i odgłosy innych tego typu przedmiotów uderzających w podłoże tworzą na płytach Yello niskie perkusyjne dźwięki, których źródła przeważnie słuchacz sam nie byłby w stanie się domyślić. Przy tym mnóstwo sampli wykorzystywanych obecnie przez różnych wykonawców zostało "zdjętych" z płyt Yello, więc może się okazać, że np. perkusja w nagraniu, którego akurat słuchacie, to nie wynik działania oscylatora i generatora szumu, ale zmoczona jedwabna chusta, którą kiedyś Boris Blank uderzał w drzwi swojego studia! Oczywiście aby te mniej lub bardziej przypadkowe dźwięki brzmiały jak instrumenty, potrzebna jest solidna obróbka. Boris z mistrzowską precyzją stosuje całą masę efektów, z których najczęściej wykorzystywane są wszelkiego rodzaju pogłosy i bramki szumów. Stosowanie echa ma akurat u niego naturalne podłoże, bowiem zamiłowania do długich pogłosów i wielokrotnych odbić nabrał w szwajcarskich Alpach, które są dla niego "wielką kamerą pogłosową"! W świecie Borisa Blanka wszystko oscyluje wokół dźwięków, przez ich pryzmat odbiera rzeczywistość, stąd jego nagrania są tak plastyczne i ilustracyjne.

"Jeżeli ktoś kradnie moje brzmienia, to znaczy, że jest coś fajnego na albumach Yello. Jestem szczęśliwy, gdy podkradają mi to i owo, oczywiście dopóki nie jest to cały numer."

Boris Blank

Wraz z pojawieniem się pierwszych samplerów, został w 1981 roku posiadaczem Fairlighta (Series III Fairlight) i mimo, że z czasem rynek opanowały inne urządzenia, Boris pozostał mu wierny. Po pierwsze, poznał jego wszystkie sekrety, podczas gdy, jak podkreśla, inni nie wyszli poza podstawowe możliwości edycji i rejestracji sampli. Po drugie zaś uważa, że Fairlight nadal posiada lepszą dynamikę niż np. samplery Akai. Dopiero z czasem przestał używać Fairlighta jako sekwencera, stosując w tym celu bardziej zaawansowane narzędzia. Mimo to można stwierdzić, że brzmienie Yello to Fairlight i zgromadzona przez Blanka biblioteka ponad 100 000 (słownie: sto tysięcy) próbek!

Z czasem BB polubił także "żywe" dźwięki. Gdy uznaje, że w nowym nagraniu, nad którym akurat pracuje, lepiej zabrzmią grane na żywo instrumenty, wtedy zaprasza do studia znajomych muzyków, którzy zastępują ścieżki zarejestrowane przy pomocy sekwencera. Przeważnie byli to Beat Ash (perkusja) i Chico Hablas (gitary), ale też cała plejada innych instrumentalistów. Jednak często wykorzystywana w nagraniach sekcja dęta ("The Race", "Tight Up", "Jungle Bill") nigdy nie jest grana na żywo. Boris szczyci się tym, że potrafi skonstruować bardzo wiernie brzmiące "dęciaki" z setek posiadanych sampli. Głos Dietera Meiera często zanim znajdzie się w gotowym nagraniu, jest traktowany jak każdy inny instrument i podlega poważnej studyjnej obróbce - zazwyczaj jest obniżany, aż do uzyskania zupełnie nienaturalnego basu ("Great Mission", "Rubberbandman").

"Jako mały chłopiec lubiłem bawić się zabawkami. Potem zastąpiłem je samplerem. Bawię się nim jak zabawką". "Lubię eksperymentować z różnymi dźwiękami. Przykładowo rozbijam młotem blok marmuru, a potem transponuję ten dźwięk o dwie oktawy w dół. Brzmi to jak wielkie kawały metalu zderzające się ze sobą. Tego typu dźwięki mogą być użyte w bardzo perkusyjny sposób, choć niektóre z nich to raczej dźwiękowe tła, dziwne szumy. Jeżeli używa się samplera jak mikroskopu, by wnikać w głąb dźwięków, czasami zdarzają się niezłe niespodzianki."

Boris Blank

Dieter Meier nazywa go "dźwiękowym rzeźbiarzem", albo "chirurgiem", ze względu na to, co ten wyczynia przy pomocy samplera. On sam przeważnie określa się mianem konstruktora, albo "malarza dźwięków", a nie muzyka, czy kompozytora. Jest jednym z pierwszych artystów, którzy korzystając z dobrodziejstw nowoczesnych technologii, mogli tworzyć pełnowartościową muzykę bez grama teoretycznej wiedzy i klasycznego wykształcenia muzycznego. Boris Blank pracuje zawsze samotnie, we własnym studiu nagraniowym w Zurychu. Nie lubi, gdy ktoś "patrzy mu na ręce" podczas tworzenia. Dopiero przy nagrywaniu wokali, czy partii "żywych" instrumentów, pojawia się tam Dieter, czy zaproszeni muzycy. Wspólnie potrafił tworzyć tylko z Carlosem Peronem, a i tak jego rola polegała głównie na dostarczaniu spreparowanych dźwięków.

"Uważam sampler za najważniejszy instrument XX wieku. W 1945 r. Les Paul zrobił przystawkę do gitary. Dziesięć lat później wszyscy grali na gitarach elektrycznych. Kiedy na początku lat 60. pojawił się pierwszy syntezator, wszyscy uznali, że to nie jest muzyka i elektroniczne instrumenty nie mają przed sobą żadnej przyszłości. Dziesięć lat później wszyscy mieli syntezatory. Komputery początkowo też nie były uważane za przyszłość muzyki. A dziś każdy ma sampler."

Boris Blank

Carlosa Perona Boris Blank poznał w 1977 roku, gdy ten ganiał z mikrofonem w miejscu, gdzie złomowano zniszczone samochody i nagrywał odgłosy dogorywających wraków. Nic dziwnego, że od razu przypadli sobie do gustu. Zaczęli wspólnie tworzyć przy użyciu zwykłych magnetofonów nagrania zbudowane z zarejestrowanych odgłosów i szumów. Peron, klasycznie wykształcony flecista (Co jest z tymi fletami? Podobnie zaczynał przecież Florian Schneider z Kraftwerku), miał najwyraźniej dość muzyki poważnej. Jego rola w Yello polegała na wynajdywaniu ciekawych efektów dźwiękowych i finalnej produkcji nagrań. Natomiast Blank, który żadnego wykształcenia muzycznego nie zdobył, w oczywisty sposób był predestynowany do tworzenia muzyki... Panowie postanowili zainteresować kogoś swoimi nagraniami. Wybrali więc najbardziej niezależną wytwórnię w mieście - "Periphery Perfume" i udali się tam ze swoją taśmą. Na miejscu powiedziano im, że owszem ich numery są fajne, ale muszą mieć wokalistę. Do tego ludzie z PP stwierdzili, że znają odpowiednio szalonego frontmana i umówili dwójkę eksperymentatorów z Dieterem Meierem, który akurat śpiewał w nagrywającej dla nich grupie The Assholes (źródła milczą, ale to chyba była punkowa kapela...).

Spotkanie w obskurnym mieszkaniu Borisa, pełnym uszkodzonych instrumentów, magnetofonów i tego typu maszynerii początkowo nie zapowiadało się obiecująco. Meier wspomina, że Boris był bardzo nieśmiały i spięty. Nie podobało mu się, że ktoś inny miałby znaleźć się w jego muzycznym świecie - pomijając Perona, jako dostawcę eksperymentalnych efektów dźwiękowych. Tworzenie muzyki często porównywał do malarstwa, a który malarz zgodzi się, żeby ktoś inny przyszedł z własną paletą i zaczął mazać po tworzonym przez niego dziele? Z pierwszego spotkania Dieter Meier zapamiętał więc przede wszystkim dystans młodych eksperymentatorów. Natomiast Boris Blank opowiadał wiele lat później, że Meier zjawił się u niego nienagannie ubrany, w czasie całej wizyty przebywał w kuchni i podczas gdy Blank z Peronem grali, on darł się w niebogłosy. Śpiewał tak głośno, iż Blank bał się, że sąsiedzi już wcześniej skarżący się na hałas, przyjdą i wyrzucą go na ulicę... Wszystko skończyło się jednak pomyślnie, panowie przypadli sobie do gustu. Zespół zyskał więc wokalistę, a do tego nazwę, którą Meier natychmiast wymyślił. "Yello" powstało jako zbitka słów "yelled" i "hello", co można mniej więcej przetłumaczyć jako "powitanie wyciem"...

Pierwszym owocem współpracy naszej trójki była półgodzinna kompozycja, zatytułowana "Dead Cat". Dziesięć dni po jego powstaniu swoje dzieło panowie zaprezentowali w jednym z kin w Zurychu. Dieter prezentował na scenie swoje możliwości, zaś Boris, który był zbyt nieśmiały by wystąpić przed publicznością, ukrywał się ze swoją maszynerią w miejscu przeznaczonym dla orkiestry. Carlos Peron zaś wcale nie uczestniczył w scenicznym debiucie grupy. Jak wspomina Dieter: "Ludzie byli zszokowani i zaskoczeni, ale czuli, że są świadkami czegoś nowego i oryginalnego. Owszem nie było natychmiastowego szału na naszym punkcie, ale występ został ciepło przyjęty. Zdaliśmy sobie sprawę, że uczyniliśmy coś bardzo ważnego. Uczciliśmy nasz sukces tak bardzo, że nigdy już potem nie byliśmy tak pijani, jak tamtego wieczora..."

Pierwszy singiel tria, "I.T. Splash", został nagrany na czterośladowym magnetofonie w łazience mieszkania Borisa. Ukazał się nakładem Periphery Perfume, ale zespół wkrótce zmienił wytwórnię. Boris udał się bowiem z kasetą demo do Stanów Zjednoczonych jeszcze na dwa miesiące przed przyjęciem Dietera do grupy. Udało mu się zainteresować nią Ralph Records, wytwórnię należącą do wtedy już cieszących się kultową sławą The Residents. Ludzie z Ralph, a być może sami The Residents stwierdzili, że jeżeli Blank będzie w stanie dostarczyć materiał na którym muzyka będzie głośniejsza od szumu taśmy (a nie jak to miało miejsce w przypadku dema Borisa), to z pewnością go opublikują. Stało się tak w roku 1980. Album "Solid Pleasure" odległy był jeszcze od schematu popowych piosenek, to raczej dźwiękowe obrazki, czy wyrwane z kontekstu jakby improwizowane scenki. Numery przenikają się wzajemnie i tworzą coś na kształt suit, w których Yello przeskakuje z feerii karnawału w klimat filmu szpiegowskiego, z samby do polki, z dziwacznych odgłosów do dźwięków meksykańskiej orkiestry. Całość mimo skromnych środków, jakimi dysponowali wtedy Blank i Peron, brzmiała całkiem świeżo i nawet dziś nie bardzo słychać, że od wydania "Solid Pleasure" minęło już prawie dwadzieścia lat. W tekstach Meier naśmiewa się zarówno z ludzkiej beznadziejności jak i z siebie czy raczej przypisywanego mu image'u głupawego dandysa. Całość uzupełniała okładka, która z powodzeniem mogła zdobić jedną z płyt the Residents.

"Jesteśmy bombastycznymi muzycznymi oszustami, którym udało się wypłynąć dzięki szwajcarskiemu izolacjonizmowi. Skoro nam się udało, każdy może spróbować. Sposób jest prosty, wystarczy dobijać się do bramy Jaskini Świętej Kreacji. Moja rada: nigdy nie przestawajcie, trzeba ciągle walić w te wrota..."

Dieter Meier

Drugi album Yello, który pokazał się wkrótce po debiucie - "Claro Que Si" to zestaw eleganckich, a przy tym zakręconych historyjek. Na płycie ponownie dominuje awangardowe, egzotyczne i zabawne disco. Jednak trochę lepiej wyprodukowane niż "Solid Pleasure", bowiem pieniądze uzyskane z jej sprzedaży pozwoliły grupie wyposażyć 24-śladowe studio. Słychać tu, że zespół w błyskawicznym tempie rozwija swoje umiejętności i znajomość nowych instrumentów, które wpadły im w ręce. Choć nadal jest tu bliżej "popowości" "Commercial Album" the Residents, niż temu, co działo się na listach przebojów, to taneczny charakter muzyki Yello był już wyraźny. Obok syntetycznych rytmów na 4/4, którymi panowie Blank i Peron bawili się na równi z innymi pionierami wszelkiej tanecznie zorientowanej elektroniki, mnóstwo tu latynoskich motywów. Będą się one potem często pojawiać w muzyce Yello, nie tylko pod postacią rytmów typowych dla Ameryki Łacińskiej. "Fabułę" wielu nagrań z "Claro Que Si" i późniejszych płyt grupy Meier umieści w meksykańskich spelunkach rodem z westernów, a wideo do "Desire" ("Stella") będzie sfilmowane w Hawanie. Zaś w "La Habanera" nawet zaśpiewał w kubańskim "narzeczu". Język hiszpański pojawia się u Yello także w wielu innych miejscach (choćby w tytule drugiego albumu, "Claro Que Si" oznacza "tak, z pewnością").

Finansowe kłopoty Ralph Records wynikające z braku zainteresowania The Residents sprzedażą swoich płyt, spowodowały, że Yello w 1981 roku przeniosło się do Stiff America. Mieli jednak pecha bowiem amerykański oddział Stiff przestał istnieć po wydaniu jedynie dwóch singli grupy. Yello zaczęło szukać nowego wydawcy. I nagle okazało się, że jest sporo wytwórni chętnych do podpisania z nimi kontraktu. Tym razem dogadali się z dużą firmą (Elektra/Mercury), co uchroniło ich przed podobnymi kłopotami w przyszłości. Nagłe powodzenie Szwajcarów wynikło za sprawą ich trzeciego singla - "Bostich". Nagranie pochodzące jeszcze z pierwszego albumu Yello stało się wielkim hitem w nowojorskich undergroundowych klubach i na amerykańskich listach przebojów dance. Warstwa rytmiczna wywodząca się z disco, nowocześnie brzmiące syntezatory i klimat na przecięciu "Świateł wielkiego miasta" Chaplina i "komercyjnych" numerów The Residents, spowodowały, że "Bostich" potrafił ruszyć publikę lokali dla gejów i kolorowej młodzieży. Dla tej publiczności nagrania Yello okazały się być równie atrakcyjne, jak albumy Kraftwerku. Człowiek, który znacznie przyczynił się do popularności Niemców w Stanach (a jeszcze bardziej powiększył przy ich pomocy własną popularność), czyli Afrika Bambaata, znalazł nowe źródło inspiracji i nagranie Yello również zaczęło stanowić podkład do jego scratchów i rapowania. Fenomen Yello w epoce ścisłych podziałów na trendy, style i kolor skóry, jest wyraźny nie tylko w ich muzyce. Panowie swoim wyglądem pasują bowiem zarówno do elitarnego, snobistycznego klubu, undergroundowej dyskoteki, jak i podejrzanej kubańskiej knajpy. Wystarczy zobaczyć wideo do najfajniejszego nagrania z drugiego albumu grupy - "Pinball Cha Cha". Blichtr i balansowanie na granicy kiczu połączone z zabawną historyjką o mistrzu flipera podaną z surrealistycznym przymrużeniem oka. Taki schemat będzie potem Dieter Meier często powtarzał w realizowanych przez siebie teledyskach.

Niedługo później "Bostich" stał się znany dużo szerszej publiczności. Tyle, że anonimowo, bowiem został wykorzystany jako dźwiękowy pokład w reklamie dżinsów Lee Cooper. Potem jeszcze wielokrotnie nagrania Szwajcarów stawały się podkładem do telewizyjnych reklamówek znanych słodyczy, piwa, pasty do zębów, kawy, samochodów, itd. Zresztą nie mogło stać się inaczej. Nagrania Yello to doskonale przekładająca się na obraz, tworząca w wyobraźni barwny i żywy film, a przy okazji oryginalna, bardzo wyróżniająca się muzyka. Idealny materiał do reklam. Także w bardziej snobistycznym wydaniu, bowiem od 1982 roku Blank zaczął komponować muzykę służącą za podkład do pokazów mody.

Obrazowy, filmowy wręcz charakter nagrań Yello to jedna z najbardziej charakterystycznych cech ich stylu. Jak mówi Dieter Meier "Gdy słyszę nowe nagranie Borisa, natychmiast inspiruje mnie ono, tworzy jakąś wizję, fragment wyimaginowanego filmu. To tak jakbym szukał bohatera do historii którą piszę, i w momencie gdy słyszę jego muzykę, poszukiwana postać staje w drzwiach..." "Moja rola w trakcie tworzenia nowego utworu bardziej przypomina aktora niż wokalistę. Jestem jak aktor, który właśnie dostał scenariusz i stara się wczuć w graną postać." W ten sposób nie ma problemu z wymyślaniem tekstów do nowych nagrań. Po prostu Dieter pisze słowa do widzianych w wyobraźni scen. Na napisanie tekstów i nagranie wokali na cały album poświęca zwykle około dwóch tygodni. Natomiast gdy nic nie przychodzi mu do głowy, panowie zapraszają innych wokalistów, albo powstaje nagranie instrumentalne.

"Powiedz 'tak' kolejnemu przegięciu - każdy powinien mieć takie motto."

Dieter Meier

W 1983 r. ukazał się trzeci album grupy - "You Gotta Say Yes To Another Excess". "Excess", czyli nadmiar, przesada, przegięcie miał ilustrować podejście Yello do samego procesu tworzenia. "Wszystko czym się zajmujemy powinniśmy robić aż do przesady, jak to mówią - "na maksa". Jeżeli w coś grasz - graj do końca. Przez przeginanie nie rozumiem narkotyków czy alkoholu. Okrutna impreza, na której człowiek zachla się do nieprzytomności to jedna z możliwych form przeginania, tyle, że jedna z nudniejszych. Za to maksymalne przegięcie to według mnie próba tworzenia czegokolwiek - malowanie, rzeźbienie, pisanie". Tak mówił przy okazji wydania trzeciego albumu Yello Dieter, jednak "You Gotta Say Yes..." przegięciem bynajmniej nie jest. Jedna z najbardziej różnorodnych płyt grupy tworzy działającą na wyobraźnię kolekcję dźwięków. Nawet w najbardziej przebojowych momentach ("I love you", "Swing") słychać sporą dawkę pastiszu i prowokacji. W "Pumping Velvet" Boris potrafił już wtedy wycisnąć z samplera więcej, niż jego spadkobiercy dekadę później (a przy okazji, w poszukiwaniu interesujących sampli BB z mikrofonem zapędził się nawet do jakiegoś chlewu...). Gdy dawno, dawno temu po raz pierwszy usłyszałem ten album, pomyślałem sobie, że ludzie, który go zrobili są nie tylko wspaniałymi prześmiewcami, ale mam do czynienia z zespołem redefiniującym muzykę elektroniczną. A perkusyjny motyw "Salut Mayoumba", kończący płytę, skwitowałem - "oto ktoś zakradł się po cichu za plecami Jeana Michela Jarre'a i wyrżnął go w tyłek"... Pomimo tego, że tekst "Smile On You" wyraźnie sugerował, iż Yello rzuca "perły przed wieprze" i ma gdzieś przyzwyczajenia publiczności nastawionej na zwykły pop, to singiel z "I Love You", stał się międzynarodowym przebojem, przerastając wcześniejsze hity - "Bostich" i "Pinball Cha Cha".

Niedługo po "muzycznym przegięciu" Yello pozwoliło sobie także na sceniczny przekręt. Zagrali wtedy jeden z nielicznych w swojej karierze koncertów w znanym nowojorskim klubie The Roxy. Kilkutysięczna publiczność - składająca się głównie z czarnych i latynoskich B-boyów - bardzo żywo przyjęła koncert Szwajcarów. Tyle, że występ ten polegał na tym, że panowie siedzieli, raczyli się szampanem, a za "gwiazdora" robił... Fairlight, bowiem wszystkie nagrania były odtwarzane z pamięci sekwencera tego urządzenia. Był to pierwszy występ grupy od czasu pamiętnego debiutu w ich rodzinnym mieście. Potem Yello wystąpiło jeszcze tylko dwa razy. Statystyka jest prosta - jeden koncert na każde kolejne pięć lat działalności grupy! Niechęć do występów motywują tym, że odtwarzanie raz stworzonego dzieła nie ma sensu. Ponownie odwołali się do porównania muzyki Yello z malarstwem: "to tak jakby poprosić Matisse'a żeby namalował któryś ze swoich obrazów jeszcze raz, a do tego przed publicznością". Pozostaje playback, ale "stanie na scenie i trzęsienie tyłkami", jak mówią - nie jest w ich stylu. Postanowili, że nigdy nawet nie spróbują zrobić tej samej rzeczy dwukrotnie.

"Gardzę tymi okropnymi rockowymi płytami i koncertami. Dokładnie wiadomo w którym momencie wejdą bębny, a potem ktoś tam zagra solo na gitarze, które było już grane milion razy wcześniej. To śmierć muzyki. Takie zespoły powinny za karę siedzieć do końca życia na gwoździach, albo zajadać swoje własne... wydzieliny (...) Z tego towarzystwa lubię tylko Gary Moore'a, on przynajmniej jest brzydki."

Dieter Meier

Po koncercie w Roxy Carlos Peron zdecydował się na opuszczenie Yello. Do końca nie wiadomo dlaczego tak się stało. Może dlatego, że faktycznie wolał nagrywać na własną rękę, może jego udział w nagraniach Yello był w jego odczuciu zbyt mały, a może po prostu nie chciał zapuścić wąsów, jak pozostała dwójka... Inna sprawa, że już za pierwsze pieniądze uzyskane z kontraktu z Ralph, wyposażył własne studio, w którym realizował potem swoje solowe albumy i produkował płyty innych wykonawców.

Pierwsza płyta nagrana już bez Perona - "Stella", nie wnosiła wiele nowego do stylu grupy. Zespół miał już pieniądze na wynajem najlepszych studiów, ale po pierwszej fascynacji możliwościami cyfrowych urządzeń panowie stwierdzili jednak, że poszukiwanie perfekcji jest jedynie sposobem na ukrycie tego, że nie ma się nic do powiedzenia. Być może to tylko retoryka, bo "Stella" jak i kolejne albumy Yello brzmiały coraz lepiej. Przy tym trzy singlowe przeboje: "Vicious Games" (z gościnnie śpiewającą Rush Winters), "Desire" i "Oh Yeah" zrobiły karierę na prawie całym świecie. Niektórzy zaczęli stawiać Yello w rzędzie synth-popowych duetów, co jednak dalekie było od prawdy bowiem Szwajcarzy od samego początku chadzali własnymi ścieżkami. Izolacjonizm Szwajcarii jest widoczny (a przede wszystkim słyszalny) także w tym przypadku. "Pewnie gdybyśmy mieszkali w Wielkiej Brytanii, staralibyśmy się stać częścią jakiegoś stylu czy mody. Jednak w Szwajcarii możemy robić z siebie głupców do woli i nikt nie zwraca na to uwagi. Szwajcaria to jakby inna planeta. Zawsze czuliśmy, że nie należymy do anglo-amerykańskiej kultury muzycznej. Chociaż przyswajamy elementy pochodzące z całego świata, to jesteśmy jak rośliny bez korzeni". Fakt, że "Stella" poza przebojami zawierała typowe dla stylu Yello instrumentalne kompozycje ("Stalakdrama", "Ciel Ouvert"), oraz żartobliwe dźwiękowe filmiki ("Kola-di-ola").

Nagła popularność duetu nie miała większego wpływu na sposób jego działania. Dieter od dawna podróżował po świecie i realizował swoje kolejne pomysły, zaś Boris większość czasu spędzał we własnym studiu tworząc nowe dźwięki i budując z nich kolejne nagrania. Zaraz po "Stelli" powrócił jednak do starszych numerów Yello i dokonał remiksu wybranych nagrań, podkreślając ich taneczny charakter. Tak powstał album "Yello 1980-1985: The New Mix In One Go". Kraftwerk podobną akcję ze swoim "The Mix" wykonał dopiero pięć lat później.

"Pierwszą i ostatnią muzyką na tej planecie była i będzie muzyka taneczna. Muzyka zawsze otaczała ludzi i zmuszała ich do tańca, do reakcji na rytm. Powodem dla którego ludzie spędzają cały wieczór tańcząc, jest desperacka chęć powrotu do korzeni, takie bardzo plemienne zachowanie. Często pytają nas, kiedy nastąpi kres muzyki tanecznej. Myślę, że to może stać się tylko na skutek kolejnej wielkiej wojny."

Boris Blank

Kolejna studyjna płyta Yello - "One Second" była odstępstwem od zawartości poprzednich albumów. Sam tytuł sugerował zmiany, Blank postanowił bowiem całą muzykę zbudować w oparciu o krótkie, jednosekundowe sample. Mniej tu odjechanego poczucia humoru, za to na "One Second" znalazła się cała masa gości - głównie wokalistów i wokalistek. Billy Mackenzie z The Associates sam zgłosił się do Szwajcarów i jakiś czas współpracował z grupą pisząc teksty i śpiewając ("Moon On Ice"). Oprócz niego pojawili się m. in. Rush Winters, Farida, Santiago Alfonso, Philip Kienholz i gość specjalny - Shirley Bassey. "The Rythm Divine" został napisany specjalnie z myślą o tej pani i jej głosie, co było wyraźnym odstępstwem od obowiązujących dotąd reguł. Numer ten stał się kolejnym wielkim przebojem grupy, i choć daleki był do surrealizmu "I Love You", czy "Oh Yeah" to trudno mu odmówić klasy. Jednak starsi fani grupy poczuli się zawiedzeni. Zamiast surrealistycznych dźwiękowych historii otrzymali album z wypolerowanymi do perfekcji piosenkami.

"Nigdy nie staraliśmy się być lepsi czy ważniejsi od innych. Tak naprawdę nie jesteśmy nawet częścią popu, no może z wyjątkiem tego, że chcemy aby nasze płyty były popularne. Ale nie chcemy być ikonami."

Dieter Meier

Po "jednosekundowym" wybryku duet opamiętał się i rozpuścił rozrośniętą nieprzyzwoicie "rodzinkę Yello". Zdali sobie sprawę, że owszem, są popularni, ale ludzie pamiętają ich jako "ten zespół z piosenką z tamtego filmu", albo "tych, którzy zrobili piosenkę dla Shirley Bassey". Uznali, że "One Second" zbytnio odbiegała od "prawdziwego brzmienia Yello" i produkcja popowych piosenek nie jest tym, czym Yello powinno się zajmować. Efektem tej samokrytyki był... singiel z "The Race". To największy przebój w historii grupy, zresztą chyba w historii europejskiej muzyki tanecznej w ogóle. A przy okazji sugerowany przez Blanka i Meiera powrót do "korzeni Yello". Gęsty rytm, chwytliwy motyw, dużo sampli i towarzyszące nagraniu zabawne wideo z Borisem i córeczką Dietera w rolach głównych. Było to też pierwsze nagranie grupy, które zawędrowało wysoko na brytyjskich listach przebojów. - Anglicy nigdy wcześniej nie przepadali za Yello, pomimo wielkiej popularności na Kontynencie i dobrego przyjęcia w Stanach, wyspiarze zawsze traktowali Szwajcarów podejrzliwie. Cóż, tradycyjnie woleli własnych wykonawców, którzy Yello wiele zawdzięczali, choć byli zdecydowanie bardziej komercyjni i nudni (Eurythmics, Pet Shop Boys). A czy ktoś pamięta jeszcze Sigue Sigue Sputnik?

"The Race" znalazło się na albumie "Flag". Miał on być powrotem do "prawdziwego brzmienia Yello", po "One Second", która w opinii duetu odbiegała od niego. Faktycznie, płyta jest żywsza, więcej tu interesujących sampli, a tzw. "taneczność" bliższa jest klubowi niż dancingowi. Dzięki różnorodności klimatów "Flag" jest określana jako czterdziestominutowa podróż dookoła świata (ze szczególnymi względami dla Monte Carlo). Choć i tym razem nie zabrakło przebojów - oprócz wspomnianego już giga-hitu "The Race", to tylko jeden z nich jest pastiszowo wręcz słodki ("Of Course I'm Lying). Z gościnnych muzyków towarzyszących Yello ostali się głównie instrumentaliści i Billy MacKenzie, który śpiewał już głownie w chórkach. Natomiast udzielać wokalnie zaczął się Boris ("Blazing Saddles") i na wydawanych w późniejszym okresie płytach także odzywał się tu i ówdzie.

"Yello to nie tylko muzyka, to cyrk. To jak Gwiazdka każdego dnia. Robimy co chcemy i nie musimy się martwić, że może się to nikomu nie spodobać."

Dieter Meier

W latach 90. praca duetu straciła na intensywności. Wytwórnia, pewna komercyjnej pozycji grupy, przestała ich poganiać. Przerwy pomiędzy kolejnymi płytami były coraz dłuższe, Boris, nie czując presji, dopieszczał kolejne nagrania miesiącami. Przy tym coraz mniej czasu spędzał wspólnie z Dieterem. Spotykają się zazwyczaj jedynie wtedy, gdy Boris ma gotowe nagrania i dojrzałą koncepcję kolejnego albumu.

W międzyczasie rozwinęły się house i techno. Młodzi twórcy przejęli rolę innowatorów na polu tanecznej elektroniki. Kolejne płyty - "Baby" i "Zebra" - nie były już tak świeże, czy odkrywcze. Owszem panowie nie złożyli broni, przechodząc na emeryturę, czy zupełnie spłycając swoją muzykę. Natomiast, jak sami przyznawali - "nastąpił moment, w którym dzieci zainspirowały ojców". Zatem obok typowych dla Yello "zaśpiewajek" ("Rubberbandman"), stylowych przebojów ("Tremendous Pain") i latynoskich motywów ("How How", "S.A.X."), w nagraniach pojawiły się zupełnie wyraźne elementy house/techno ("Suite 909" to oczywiste odniesienie do automatu Rolanda), czy modne, etniczne brzmienia ("Poom Shanka", "Fat Cry"). Dieter Meier wcale nie uważał, że jego zespół przegrywa w konfrontacji z nowoczesną sceną techno: "Yello zawsze trochę wyprzedzało innych. Nasza przewaga polegała na tym, że znamy na wylot możliwości naszych elektronicznych urządzeń, że nie staliśmy się nigdy ich niewolnikami. Nowoczesne technologie w muzyce to po prostu bongosy XX wieku. Używamy nowoczesnej elektroniki, ale bez żadnego szacunku dla maszyn, technika nie jest naszym fetyszem. Yello zawsze było czarnym koniem świata muzyki elektronicznej. Jesteśmy miejskim plemieniem końca XX wieku. Używamy nowoczesnych technologii do tworzenia plemiennej muzyki". Za tą napuszoną przemową, kryło się (na szczęście) przymrużone oko Dietera albo Borisa. A tak na marginesie, to ten drugi faktycznie może mrugać tylko jednym okiem. Lewe stracił bowiem w wieku pięciu lat w wyniku zabawy w otwieranie pocisków. Skoro już jestem przy mało znaczących dygresjach, to wspomnę jeszcze, że na "Baby" obok stale towarzyszących Yello muzyków (MacKenzie, Ash, Hablas, Colombo), na gitarze brzdąka Ernst Gamper - przyjaciel duetu, a przy okazji autor większości okładek ich płyt.

"Dopiero w epoce techno muzyka europejska znalazła swoją własną tożsamość. To, co robiono wcześniej w kontynentalnej Europie było mierną imitacją anglo-amerykańskiego popu i rock'n'rolla."

Dieter Meier

Potwierdzeniem roli, jaką Yello odegrało w kształtowaniu nowoczesnej muzyki tanecznej był album "Hands on Yello", będący wyrazem hołdu, jaki złożyli im liczni znani muzycy i DJ-e. Płyta powstawała w ten sposób, że kolejni goście udawali się do Zurychu, gdzie w studiu Borisa otrzymywali dźwiękowy materiał i błogosławieństwo jego twórcy. W ten sposób swoje remiksy nagrań Yello zaprezentowali m. in. Carl Craig, Westbam, Cosmic Baby, Jam & Spoon, Oliver Lieb, The Orb, Carl Cox i Moby. W załączonej do albumu książeczce każdy z autorów remiksów wyjaśnia jak Yello wpłynęło na jego postrzeganie muzyki i za co lubi Szwajcarów. Jej lektura utwierdza w przekonaniu, że duet z Zurychu to nie tylko jedni z największych kawalarzy w świecie popu, ale niekwestionowani ojcowie nowoczesnej elektroniki. Brak tu miejsca by cytować poszczególne wypowiedzi. Wspomnę jedynie, że Westbam opowiada o tym, że w 1982 roku jako punk miał gdzieś muzykę taneczną, która kojarzyła mu się głównie z Johnem Travoltą. Dopiero gdy usłyszał "Bostich"... Inni zaś zachwycają się wyobraźnią, samplingiem, bezkompromisowością, słowem - chwalą Yello za całokształt.

"Muzyka Yello zawiera wyczuwalny seksualny klimat. Nie ma w niej nic mechanicznego - jest za to funk i poczucie dobrego smaku. Derrik May, Kevin Saunderson, Juan Atkins i ja jesteśmy zagorzałymi fanami ich dziwacznego poczucia humoru."

Carl Craig

"Muzyka, która ma w sobie klimat i emocje. Charyzmatyczni, przyciągający uwagę, szaleni - takie jest Yello. Nawet moja mama ich lubi!"

Carl Cox

Jednak niedługo później okazało się, że jest za wcześnie by stawiać duetowi pomniki, bowiem panowie nie powiedzieli jeszcze swojego ostatniego słowa. Wydany w 1997 roku album "Pocket Universe" pokazał, że Yello to nie tylko kultowy status i miliony sprzedanych płyt, ale i wciąż nowoczesna muzyka. Motywem przewodnim "Pocket Universe" jest teoria, mówiąca o tym, że skala makro widziana z odpowiedniej perspektywy, może być całkiem "mikra". Nasz wszechświat może być więc jedynie atomem w jakimś innym ultragigantycznym Universum, które z kolei... i tak dalej. Słowa śpiewane i deklamowane przez Dietera doskonale (jak zwykle) ilustruje muzyka Borisa, w której mikrokosmos dźwięków tworzy monumentalne, przestrzenne struktury. Panowie rozprawili się tu chyba z wszystkim, co działo się w muzycznej elektronice w ciągu ostatnich dwudziestu lat. Przykładowo, skrzyżowali typowe dla stylu Yello elementy z trance'em ("Pan Blue"), techno-industrialem ("Celsius"), drum'n'bassem ("To The Sea") i techno ("Resistor"). Nie zabrakło też poczucia humoru, choćby w "Magnetic", w którym Dieter bawi się w kraftwerkowe wokale. Nie ma natomiast na "Pocket Universe" często pojawiających się na wcześniejszych płytach gości. Jedynie w "To The Sea" pięknie śpiewa Stina Nordenstam, zaś przy produkcji "Magnetic" pomagał Borisowi Carl Cox.

Brak regularnych koncertów miały wynagrodzić fanom grupy preparowane niekiedy występy telewizyjne. Yello, a praktycznie Dieter Meier urządza też przedstawienia zastępujące koncerty, taki charakter miał właśnie show towarzyszący ukazaniu się "Pocket Universe". Na pokaz, który miał miejsce w planetarium jednego z monachijskich muzeów, składał się rozbudowany laserowy show i wielomonitorowa prezentacja najnowszych produkcji wideo grupy.

"Kiedy zaczął się rock'n'roll, rodzice mówili 'wyłącz to, nie można tego słuchać'. I dzisiaj dzieje się to samo. Rodzice nie są w stanie słuchać techno i nie pozwalają swoim dzieciom chodzić na rave'y. Myślę, że to nowy rodzaj muzyki i musimy nauczyć się z nim żyć. (...) Uwielbiam imprezy techno, bycie częścią tłumu, kiedy szaleję i tańczę. Myślę, że to właśnie powód, dla którego robię muzykę taneczną - kocham widok tańczących ludzi. Pokazują ruchem swoich ciał, to czego nie potrafią wyrazić słowami. Nie mówią, po prostu tańczą i przekazują w ten sposób więcej niż tysiąc słów."

Boris Blank

Oprócz "Pocket Universe" w 1997 r. pojawił się jeszcze jeden album autorstwa Dietera Meiera - "Technomajikal". Tym razem jednak towarzyszył mu nie Boris, a Lee "Scratch" Perry! Zgodnie z tytułem jednego z nagrań, był to prawdziwy "X-Perry-Ment". Choć Perry udzielał się tylko wokalnie, to dub miło zatopił się w bliskich Yello i techno-trance dźwiękach. Pozornie (kolejny) chory pomysł Meiera na nagranie wspólnego albumu przez dwóch tak różnych artystów, sprawdził się w 100%. W końcu zarówno dub, jak i muzyka Yello ukształtowała to, co dzisiaj znamy jako techno.

Po dwuletniej przerwie Yello dało znać o sobie w tym roku wydając płytę "Eccentrix Remixes", zawierającą nagrania duetu zremiksowane przez Borisa oraz m. in. Iana Pooley'a, Douga Laurenta i Fluke'a, w tym także trzy premierowe kompozycje. Pan Blank zamiast starzeć się z godnością (czego oczywiście trudno by było się po nim spodziewać), na dobre zadomowił się w tym, co można nazwać jego "dziedzictwem". Podobno w tym roku ma też ukazać się nowy, autorski album Yello. Jest szansa, że tak się stanie, ale to grupa nieobliczalna i...

"Myślę, że nie zajmujemy się muzyką aby być gwiazdami popu. Tworzenie jest nam niezbędne do życia, to coś takiego jak mowa. I gdybyśmy nie mogli już nigdy nagrywać, to tak, jakby ktoś zakazał nam mówić. To po prostu nasz sposób na życie."

Dieter Meier

Marcin Bogacz

Cytaty pochodzą z "Trouser Press", "Top", "New Musical Express", "Muzik", "Melody Maker", "Keyboard", "International Musician and Recording World", "Future Music", "Blitz".

Yello i filmy

Muzyka Borisa Blanka często pojawiała się nie tylko w filmikach reklamowych. Zaczęło się od "Oh Yeah", który po "filmowym" debiucie w czterech różnych reklamach znalazł się także w produkcjach fabularnych ("Ferris Bueller's Day Off", "The Secret Of My Success", "K-9", "Swimsuit", "She's Out Of Control"). Potem inne nagrania Yello, oraz niepublikowane numery Borisa trafiały także do takich filmów, jak "Leo Sonnyboy", "Space Adventure Cobra", "Miami Vice" i disneyowski "Santa Claus" oraz chyba wszystkich produkcji, w których występował Dieter Meier. Zaś w 1990 roku ukazały się dwa filmy, do których skomponował całą ścieżkę dźwiękową: "Adventures of Ford Fairlane" i doskonałe "Uciekające zakonnice" ("Nuns On The Run").

Wśród licznych produkcji wideo zrealizowanych do nagrań Yello dominują filmy osobiście wyprodukowane przez Dietera Meiera. Także w tej dziedzinie okazał się on utalentowanym twórcą, a kolejne klipy zdobyły wiele prestiżowych nagród. Drugie wideo grupy - "Pinball Cha Cha" znalazło się w 1985 roku pośród 32 prac składających się na wystawę najlepszych muzycznych filmów Museum Of Modern Arts w Nowym Jorku. A obrazki zrobione do "Bostich", "Desire", czy "The Race" były nagradzane za efekty specjalne, czy też uznawano je za wideo roku.

Pełnometrażowy debiut Meiera w roli reżysera, a przy okazji odtwórcy jednej z głównych ról to film z 1981 roku "Jetzt und Alles". Opowiada historię gwiazdy rocka, która popełnia zbrodnię w celu przywrócenia blasku swojej gasnącej sławie... Film został zrobiony na zamówienie niemieckiego rządu, po tym jak jego scenariusz zdobył pierwszą nagrodę na ogłoszonym wcześniej konkursie. Jednak jak twierdzi Dieter, "został schrzaniony przez zbyt narwanego producenta i pseudo - profesjonalnego edytora". Aby w przyszłości uniknąć podobnych wpadek, założył w Stanach Zjednoczonych własną firmę zajmującą się produkcją filmów i soundtracków - "The Heat Productions".

W późniejszym okresie Dieter był obsadzany w wielu obrazach innych reżyserów, a sam produkował teledyski nie tylko Yello, ale również innych wykonawców. Spośród nich najbardziej znane jest wideo do "Big In Japan" Alphaville, ale dużo lepszy jest krwawy filmik nakręcony do "hiciora" "Da da da" niemieckich prześmiewców - Trio.

Największym, najbardzej tajemniczym i jak dotąd nie zakończonym filmowym projektem Yello jest "Snowball". Miał być początkowo skrzyżowaniem multimedialnego show duetu z mini-operą. Jednak niechęć grupy do występów i filmowe zainteresowania Meiera spowodowały, że stało się inaczej. A raczej staje się, bowiem rozpoczęte w początku lat 80. prace nad filmem nie zostały do dzisiaj ukończone. Już tytuł albumu "Stella" był odniesieniem do jednej z postaci pojawiających się w "Snowball". Akcja tej baśniowej historii dzieje się w wyimaginowanej krainie, w której muzyka jest zakazana. Genialny kompozytor potrafiący swą muzyką czynić cuda zostaje zamknięty w lodowej jaskini. Musi uwolnić siebie, a przy okazji całą podziemną krainę rozświetlając swoim graniem wielki kryształ. Meier wiele lat poszukiwał odpowiedniego miejsca, w którym mógłby rozpocząć zdjęcia. Nie zdecydował się ani na Szwajcarię, Niemcy, czy Stany Zjednoczone. W Hawanie, gdzie nakręcił niektóre teledyski Yello było pewnie zbyt ciepło na "lodową opowieść". Ostatecznie film zrealizowano w 1990 roku we... Wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych. W głównych rolach wystąpili Jimmy Melville, przyjaciel Dietera Hubertus von Mayesburg, ale też Małgorzata Potocka i Zbigniew Zamachowski. Oczywiście Dieter również pojawia się w filmie jako... błazen. Na wydanym rok później albumie "Baby" znajduje się adnotacja, że "Snowball" wkrótce pokaże się na ekranach. W kolejnych latach duet wielokrotnie ogłaszał, że film jest już prawie gotowy, jednak do dzisiaj nie doczekał się on premiery. Ponoć została wydana promocyjna płyta z muzyką Borisa pochodzącą ze ścieżki dźwiękowej. W międzyczasie zaś tytuł obrazu zmieniono na "Once upon a Dream", a ostatnia wersja to "The Lightmaker".

Cab Vol vs. Yello

Skąd w rodowitych Szwajcarach tyle szaleństwa? Naród ten słynie przecież z umiłowania porządku, dokładności i niezmiennych od stuleci zwyczajów i tradycji. Najwidoczniej w zakamarkach Zurychu żyje jeszcze duch dada i Cabaret Voltaire. Jest jasne, że wyobraźnia i pomysły Yello zawdzięczają sporo dadaizmowi (w jednym z ich nagrań, "Pumping Velvet" jest nawet taki tekst: "Putz dada sheoba sleik dabich"...). A przy okazji, skoro już mowa o Cabaret Voltaire. Anglicy, którzy przyjęli nazwę kabaretu dadaistów z Zurychu, mają - paradoksalnie - trochę wspólnego z Yello: pionierskie wykorzystanie elektroniki, przejście od chaosu, szumu i eksperymentów z taśmami magnetofonowymi do form tanecznych, tajemniczy głos wokalisty. Nawet fakt, że trzeci członek obydwu formacji (C.V. - Watson, Y - Peron) odszedł z formacji, w momencie gdy ta zaczynała zdobywać większą popularność. Solowe kariery obydwu panów "ex" także układają się podobnie. Tylko poczucie humoru Anglików jest o wiele, wiele bardziej czarne. Tam, gdzie u Yello króluje surrealistyczny techno pop i latynoskie rytmy, duet z Sheffield prezentuje "funk dla ekstremistów".

Dyskografia

Single, maxi:

"I.T. Splash" (Periphery Perfume, 1979)
"Bimbo" (Ralph, 1981)
"Bostich" (Stiff/Do It, 1981)
"Pinball Cha-Cha" (Vertigo/Do It, 1981)
"She's Got A Gun" (Do It, 1982)
"Night Flanger" (Celluloid, 1982)
"You Gotta Say Yes To Another Excess" (Stiff/Vertigo, 1982)
"I Love You" (Elektra/Vertigo/Stiff, 1983)
"Lost Again" (Vertigo/Stiff, 1983)
"Yello remix ep" (Elektra, 1983)
"Let Me Cry" (Vertigo, 1983)
"Live At The Roxy N.Y. Dec 1983" (Vertigo, 1984)
"Oh Yeah" (Mercury, 1985)
"Desire" (Elektra/Vertigo, 1985)
"Vicious Games" (Elektra/Vertigo, 1985)
"Goldrush" (Merkury/Vertigo, 1986)
"Call It Love" (Mercury/Vertigo, 1987)
"The Rhythm Divine" (Mercury, 1987)
"The Race" (Mercury/Vertigo, 1988)
"Tied Up" (Mercury, 1988)
"Of Course I'm Lying" (Mercury, 1989)
"Blazzing Saddles" (Mercury/Phonogram, 1989)
"Unbelievable" (Elektra, 1990)
"Rubberbandman" (Mercury, 1991)
"Who's Gone?" (Mercury, 1991)
"Jungle Bill" (Mercury, 1992)
"Do It" (Mercury/Smash, 1994)
"How How" (Mercury, 1994)
"Tremendous Pain (Suite 904)" (Mercury, 1995)
"Jingle Bells" (4th & B'Way, 1995)
"Hands On Yello, The Remixes" (Urban/Motor Music/Polygram, 1995)
"Hands On Yello, The Updates" (Urban/Motor Music/Polygram, 1995)
"To The Sea" (Mercury, 1997)
"On Track" (Mercury, 1997)

Albumy:

"Solid Pleasure" (Ralph/Vertigo, 1980)
"Claro Que Si" (Ralph/Vertigo, 1981)
"You Gotta Say Yes To Another Excess" (Mercury/Elektra, 1983)
"Stella" (Elektra, 1985)
"Yello 1980-1985 -- The New Mix In One Go" (Mercury/Vertigo, 1986)
"One Second" (Mercury/Vertigo, 1987)
"Flag" (Mercury/Vertigo, 1988)
"Baby" (Mercury, 1991)
"Essential Yello Compilation" (Mercury, 1992)
"Zebra" (Mercury/4th & B'way, 1994)
"Hands On Yello" (Urban/Motor Music/Polygram, 1995)
"Pocket Universe" (Mercury, 1997)
"Eccentrix Remixes" (Mercury, 1999)

Copyright bogacz.pl